[ Wróć ]

Z Serengeti Seronera do Ngorongoro

sobota, 22 czerwiec 2013, 18:48

Dzisiaj 22 czerwca na kilka godzin się rozdzielamy. Trzy odważne dziewczyny wstają na długo przed świtem i wyruszają do Centrum Edukacyjnego skąd startują balony. Oto relacja dwóch Ań i Ksenii:

Ekipa trzech wspaniałych, które pomyślnie przeszły niezbędne testy, w tym zdolności finansowych oraz bardzo wczesnego wstawania, została zakwalifikowana jako reprezentacja naszej wyprawy do przeprowadzenia obserwacji Serengeti znad ziemi. Środkiem do osiągnięcia tego celu miał być lot balonem.
Po podpisaniu cyrografu, że rozumiemy, co nas czeka, i jesteśmy gotowe na wszystko (wcześniej zostałyśmy przez dobrych ludzi poinformowane o znanych przypadkach katastrof balonów, jakie zdarzyły się od czasu wynalezienia tego środka lokomocji), i pobudce przed 5 rano, udajemy się terenowym samochodem na miejsce startu. Tam spotykamy 29 innych straceńców, którzy podobnie jak my nie dają po sobie poznać, że latanie balonem nie jest ich chlebem powszednim. Dwa ogromne balony są właśnie napełniane gorącym powietrzem. Odbywa się krótki briefing – wiemy już wszystko, przed nami jeszcze jeden test: sprawdzian sprawności fizycznej. Dowiadujemy się też, że jeden z czterech pilotów leci z turystami po raz pierwszy. Pokrzepieni tą informacją zostajemy podzieleni na dwie grupy, każda z nich na cztery czteroosobowe podgrupy. Nasza trójka leci balonem, którym dowodzi kapitan Mohamed, drugi pilot – Anglik – to właśnie ten niedoświadczony. Wola Boska i skrzypce! Przed nami dwa leżące kosze z czterema przegródkami – dwiema na dole i dwiema nad nimi. Mamy się w nich upchnąć w pozycji bezbronnych żuczków z łapkami do góry. Przydzielonej do nas starszej Kalifornijce pomaga obsługa, my dajemy sobie radę bez pomocy (wchodzimy do dolnej, „łatwiejszej” komory), wszyscy przypinamy się pasami do kosza – podobno ma nam to zapewnić bezpieczeństwo, albo raczej jego poczucie. Balon po kolejnej porcji gorącego powietrza wznosi się do góry, kosz obraca się do pionowej, właściwej pozycji, mamy teraz podłogę pod stopami i znów jesteśmy ludźmi, a nie żuczkami. Co chwilę bucha płomień płonącego gazu, zaczynamy wznosić się do góry. Widok każe zapomnieć o jakichkolwiek obawach, widzimy sawannę przeciętą drogami i ścieżkami, obszary pokryte suchą trawą z nielicznymi drzewami i czarne połacie ziemi po trawie wypalonej w celu zasiania nowej. Przypomina to wypalanie traw w Polsce – tu podobno jest to w sumie opłacalne dla ekosystemu. Okrzyk Mohameda przerywa kontemplację - na drzewie i pod nim wypoczywa co najmniej 10 lwów! Lecimy nisko, lwy – a właściwie lwice z młodymi są dobrze widoczne i wcale się nas nie boją, obserwujemy je, w myśli z dumą rejestrując rekord liczby obejrzanych przedstawicieli tego gatunku, którego z naszej ekipy nikt już nie pobije. Wysokość i sposób, w jaki się przemieszczamy, pozwalają dostrzec to, czego nie mogłyśmy obserwować z ziemi – hipopotamy z małymi zmierzające z lądu w kierunku rzeki, stada słoni, przestraszone widokiem dziwnej chmury nadlatującej w ich kierunku i zbijające się w ciasny krąg z młodymi w środku, pierzchające we wszystkie strony gazele, gniazdo na szczycie drzewa z siedzącym w nim orłem, a także inne zwierzęta, mniej cenione przez wytrawne tropicielki, jakimi po tygodniu pobytu w Afryce niewątpliwie się stałyśmy. Czas mija szybko – już lądujemy, nieprzyjemny moment to kilka podskoków kosza trącego o podłoże. Na chwilkę znów stajemy się żuczkami, gramolimy się z naszych przegródek i stajemy wreszcie na własnych nogach – my, dumne zdobywczynie powietrznych przestrzeni! Na obie załogi czeka już schłodzony szampan, przy toaście wysłuchujemy długiej historii o afrykańskim królu i zatrudnionym przez niego konstruktorze balonu, o więźniach, którzy balonem polecieli z braku innych chętnych. Podobnie jak w naszym przypadku wszystko kończy się szczęśliwie – wychylamy więc kieliszki szampana (lub soku mango). Kolejna krótka podróż samochodami – i angielskie śniadanie w środku sawanny. Usługują nam czarni kelnerzy w turbanach, długich białych sukniach i kamizelkach. Można umyć ręce wodą z dzbana, można skorzystać z polowej toalety z jednej strony odsłoniętej, z niepowtarzalnym widokiem na otwartą przestrzeń. Ucztujemy, robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. Zwinięte balony i kosze zostają załadowane na ciężarówki. Wręczeniem imiennych certyfikatów kończy się nasza afrykańska „balonowa” przygoda. Samochodami docieramy do Seronery, gdzie czeka na nas reszta polskiej wycieczki.

Wyprawę balonem Ani „Sosenki”, jej córki Kseni i swoją opisała i opatrzyła własnymi zdjęciami Anka M.




Pozostała ekipa może tym razem pospać nieco dłużej, ale i tak stawiamy się przy samochodach bardzo wczesnie. I wtedy właśnie dochodzi do zuchawałej kradzieży. Nasi przewodnicy podnieśli od razu dachy samochodów, co nie uszło uwadze miejscowych koczkodanów - korzystając z chwili nieuwagi obecnych przy samochodach ludzi, dorwały się do pudełek z lunchem w samochodzie Isacka. Błyskawicznie wyciągnęły z dwóch pudełek banany i kanapki. Dopiero wtedy ktoś zauważył ich akcję i je przepłoszył z samochodu. Niespecjalnie się przejęły - usiadły w pobliżu, jedna z nich spokojnie zajadała banana, a druga sprawnie rozpakowała bułeczkę i również zabrała się do konsumpcji. Trzeba przyznać, że chociaż jedna z nas straciła lunch, to bardziej nas ta sytuacja rozbawiła niż wkurzyła. W radosnym nastroju pakujemy się do samochodów i ruszamy.
Krążymy po sawannie i obserwujemy kolejne stada zebr, antylop, guźców, żyraf, słoni i hipopotamów. Po około godzinie wracamy do Centrum Edukacyjnego skąd odbieramy obie Anie i Ksenię. Wyruszamy w dalszą drogę. Przed nami południowa część Serengeti. Stopniowo sawanna przechodzi w step, robi się płasko i bezdrzewnie, nawet trawa jest inna - krótsza i bardziej zielona. No i droga - do tej pory jeździliśmy po wyboistych polnych drogach, teraz droga jest jeszcze gorsza, po pół godzinie wszystkie kości żyją własnym życiem... Ale uroda miejsca i kolejne stada zwierząt w pełni rekompensują niewygody.


Mangusty

Słonie

Słonie

Bawolec

Zebry

Pawian


Od czasu do czasu krajobraz urozmaicają grupy skał zwane tutaj kopies. Wyobrażaliśmy sobie lwy wylegujące się na tych skałach, a tymczasem lew nam sprawił niespodziankę pojawiając się tuż przy drodze i majestatycznie między samochodami przechodząc na jej drugą stronę.




Wczesnym popołudniem przez bramę w rejonie wzgórz Naabi opuszczamy Serengeti. Znowu otacza nas sucha sawanna, wszechobecny pył pokrywa wszystko, więc nawet akacje są bardziej żółte niż zielone. Teraz znowu pojawiają się Masajowie i ich stada bydła, kóz, osłów i owiec. Trudno uwierzyć, że zwierzęta znajdują tu coś do jedzenia...


Zatrzymujemy się w Oldupai (tak brzmi prawidłowa, masajska nazwa tego miejsca będąca również nazwą rosnącego tu dzikiego sizalu). Jest to raj paleontologów - od końca XIX w., kiedy to niemiecki entomolog znalazł tu pierwsze kości prasłonia, do dzisiaj nieprzerwanie w Oldupai trwają wykopaliska. To tutaj Mary Leakay znalazła czaszkę australopitecusa afarensis a kilkadziesiąt lat później również kości i narzędzia Homo habilis i Homo erectus. W pobliżu Oldupai znaleziono też odciśnięte w tufie wulkanicznym ślady stóp. Znalezione przez rodzinę Leakey'ów szczątki różnych hominidów umiejscowione w tej samej warstwie. podważyły teorię o liniowej ewolucji hominidów. Jej nieliniowy przebieg potwierdzają dzisiejsze wykopaliska w różnych częściach świata.


Kolejny przystanek to masajska boma czyli wioska Longuku. Masajowie witają nas pieśnią i tańcami oraz pokazem swoich słynnych skoków. Potem zwiedziłyśmy całą wioskę oprowadzane przez miejscowych przewodników, którzy opowiadali nam też o masajskich zwyczajach.




Późnym popołudniem docieramy do Ngorongoro, krateru wygasłego wulkanu uznawanego za ósmy cud świata. W pełni się z tą opinią zgadzamy. Porośnięte tropikalnym lasem bardzo strome zbocza kaldery otaczają równinę, na której żyją stada dzikich zwierząt - zebr, antylop, gazeli, guźców, słoni, strusi... Słone jezioro w centrum krateru zamieszkują flamingi. Żyją tu również drapieżniki - leopardy, gepardy, szakale, hieny, serwale, karakale, likaony, lwy... Ngorongoro jest też ostoją nosorożca czarnego - żyje tu około 30 sztuk tego wymierającego zwierzęcia. I znowu mamy wyjątkowe szczęście - pokazują się nam nawet takie zwierzaki, które nasi przewodnicy widują 2-3 razy w roku i zwykle o innej porze.



Ngorongoro

Struś

Struś się stroszy

Żurawie

Żuraw

Drop olbrzymi

Synogarlice

Coś tam leży na brzegu...

...rozleniwione, przyjazne dla świata...

...lwice

A tu cos psowatego...

Szakal

Hiena

Antylopy gnu

Antylopa gnu

Guźce

Zebry


Serwal pozuje


Niestety, podobnie jak w Serengeti, musimy opuścić wnętrze krateru przed godziną 18:00. Przez kolejną godzinę objeżdżamy kalderę po jej zewnętrznej stronie podziwiając bujny las tropikalny, aż wreszcie docieramy do Ngorongoro Rhino lodge. W pokojach jest przeraźliwie zimno, więc obsługa rozpala nam małe żeliwne piecyki. W restauracji jest cieplej bo ogrzewa ją wieki piec. Jesteśmy na wysokości 2 300 m, niewiele niżej niż Rysy w Tatrach...


Komentarze:

s.Goretti, środa, 26 czerwiec 2013, 19:40

Cieszę się waszą radością. Sercem wracam do pięknego kraju mego dzieciństwa i wczesnej młodości. Dziękuję za modlitwę na cmentarzu w Tengeru, w moim imieniu.
życzę dalszych pięknych spotkań i przeżyć. Szczęść Boże.
Pozdrawiam serdecznie p.Monikę i całą ekipę.

 

Kasia Fijałkowska-Kuciak, środa, 26 czerwiec 2013, 19:41

Coś mi mówi, że wśród tych odważnych co poleciały balonem była zapewne moja Siostra Aga!!! Nie mylę się?
Ależ fantastyczna wyprawa życia, tylko Wam można pozazdrościć i pogratulować pomysłu i odwagi.
A prawdę mówiąc, warunki noclegowe (wyłączając nocleg w namiotach) macie całkiem całkiem ekskluzywne :-) Przyłączam się do wcześniejszych głosów dopominających się zamieszczenia i Waszych radosnych oblicz, bo można nabyć przekonania, że to fotki z czasopisma przyrodniczego a Was tam wcale nie ma!
Czekamy z rodzinką na kolejne relacje, trzymajcie się dzielnie!
Kasia i Paweł

 

Grzegorz, środa, 26 czerwiec 2013, 19:42

Gratuluję fotoreporterowi wyprawy pięknych zdjęć i ciekawych ujęć. Serdecznie pozdrawiam moją Kochaną Siostrzyczkę Anię Ż. - Ob.GC

 
Twój komentarz:
Imię: E-mail or strona www:  


Admin login | Script by Alex